Wesołych Świąt!
Grażyna Auguścik, Paulinho Garcia
Niedzielny wieczór w warszawskim Teatrze Studio, na scenie dwoje muzyków, koncert promuje ich nową płytę, na której nagrali kompozycje Beatlesów. Do Beatlesów w ich wykonaniu muszę się jeszcze przyzwyczaić: “Hard day’s night” czy “Hey Jude” przerobione na bossa novy brzmią co prawda bardzo ładnie, pozbawione są jednak nerwu, czy drapieżności oryginałów, do której dotąd byłem przyzwyczajony. Szok pierwszego kontaktu z Beatlesami po brazylijsku szybko jednak ustępuje podziwowi dla pełnej harmonii duetu i wielkiej muzycznej klasy, którą oboje pokazują w bardziej klasycznym repertuarze, czy to w postaci standardów bossa novy
ich polskich reinterpretacji
czy też klasyki balladowego rocka
(nagrania oczywiście z wcześniejszych koncertów, klimat jednak podobny). Bardzo mi się to podobało, blisko dwie godziny minęły niepostrzeżenie, a Beatlesi, cóż, trochę ich teraz w tej wersji pomęczę.
Julius Hemphill
Moje dzisiejsze nocne odkrycie. Żeby było śmieszniej, chyba słyszałem go kiedyś na żywo, ale zupełnie się na nim nie poznałem. Być może dojrzałem. Muzycznie oczywiście.
Płyta dnia – początki
Początki mojej fascynacji muzyką klasyczną to płytoteka rodziców i wpływ kolegi z klasy w podstawówce, z którym chodziłem na moje pierwsze koncerty Filharmonii Pomorskiej, która grała w sali koncertowej Młodzieżowego Domu Kultury w Toruniu. Dużo ważniejsze jednak były dla mnie setki godzin spędzane na słuchaniu muzyki i rozmowach w mieszkaniu przyjaciół (do dziś nie wiem jak ich rodzice to znosili). Dzięki ich magnetofonowi ZK-120 pojawiali się tam się tam i Hendrix i Janis Joplin i mój pierwszy jazz, ale absolutnie najważniejsze nagrania, które wywarły jak sądzę decydujący wpływ na mój muzyczny gust, to te dwa, na płycie połączone w spójną całość:
Od tej pory minęło czterdzieści lat, a ja do dziś potrafię się w nich na wiele godzin kompletnie zapętlić, a pierwsza płyta Led Zeppelin jest dla mnie najważniejszą płytą życia. Po niej przyszło wiele płyt pewnie równie ważnych, może nawet jakoś tam “obiektywnie” ważniejszych, ale to ona jako pierwsza wbiła mnie w ziemię i od niej o muzyce zacząłem myśleć.
Komeda by Możdżer
Pisałem tę notkę od kilku tygodni, nie potrafiłem jednak jej skończyć. Bardzo dobrze się stało, bo już ponad dwa miesiące temu ktoś napisał dokładnie to, co ja chciałem napisać, ale zrobił to dużo lepiej. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek tak bardzo zgadzał się z każdym słowem czyjejś opinii. Bardzo chciałem mieć lepszą, już dawno żadnej płyty nie przesłuchałem tyle razy, ale nie pomogło.
(Powyższe nagranie nie pochodzi z płyty, tam “Prawo i pięść”, czy też raczej “The law and the fist”, trwa ponad 10 minut, ale ten klip dobrze oddaje charakter płyty.)
Bass on top
Urodzony w roku 1935 kontrabasista Paul Chambers był jednym z najważniejszych muzyków drugiej połowy lat 50. ubiegłego stulecia. Wraz z pianistą Redem Garlandem i perkusistą Artem Taylorem tworzył być może najważniejszą sekcję rytmiczną tamtych czasów, grał w pierwszym wielkim kwintecie Milesa Davisa (do wspomnianej sekcji poza Davisem dołączył John Coltrane), a później w pierwszym wielkim kwartecie Coltrane’a, wziął udział w nagraniu płyty uważanej przez wielu za najważniejszą w historii jazzu (“Kind of Blue” Davisa). Trapiony typowymi dla jazzmanów tamtych lat nałogami zmarł w wieku zaledwie 34 lat na prozaiczną gruźlicę. Nagrywał dużo (ma szanse być częstym gościem cyklu “Płyta dnia”), rzadko jednak pod własnym nazwiskiem. Kilka tygodni temu dotarła do mnie przesyłka z brytyjskiego Amazona, a w niej między innymi kosztująca nieco ponad 4 funty zremasterowana kilka lat temu wersja płyty nagranej w roku 1957 i firmowanej przez Chambersa, zatytułowanej po prostu “Bass on top”. Poza liderem grają na niej sami mistrzowie: Hank Jones na fortepianie, Kenny Burrell na gitarze i Art Taylor na perkusji. Słocham jej bez przerwy od kilkunastu godzin i nie mam zamiaru przestać, to jest naprawdę moja płyta dnia!
Chambers był jednym z pierwszych jazzowych basistów, którzy twórczo wykorzystali smyczek (kilka lat przed nim smyczkiem grał już na basie podśpiewując sobie przy tym Slam Stewart). “Bass on top” zaczyna się od granego w taki właśnie sposób standardu Jerome’a Kerna “Yesterdays”:
Kolejnym utworem jest skomponowany przez Cole’a Portera “You’d be so nice to come home to”:
tutaj jak na porządnego jazzowego basistę przystało Chambers struny szarpie, struny swej gitary trąca też Burrell, potwierdzając swą zasłużoną reputację jednego z najlepszych gitarzystów jazzowych tamtych czasów. Pianista Hank Jones też gra tu piękne solo, potwierdzając przy okazji reputację jednego z najbardziej niedocenianych pianistów (jego bracia Elvin i Thad trochę lepiej dbali o swe kariery).
Nagrań z “Bass on top” jest na YouTube więcej (być może nawet są wszystkie), proszę więc poszukać sobie “Chasin’ the Bird”, “Dear old Stockholm”, “The theme”, Confessin’” i utwór dodany do CD jako bonus, a skomponowany przez Chambersa i Burrella, “Chamber Mates”. Warto!
Wino
Serwis Google Alerts codzienne przysyła mi zestawienie wybranych stron, na których w ciągu ostatniej doby pojawiło się słowo “wino”. Zwykle około połowy z nich dotyczyło Amy Winehouse. Dziś było ich wyjątkowo dużo.
74 years young
Z cyklu “Płyty, których niestety jeszcze nie mam, ale to chwilowy problem, gdyż do mnie płyną, fruną, jadą”:
Słucham tego od kilku dni i za każdym razem odkrywam coś nowego. Dzisiaj: najważniejsze rzeczy docierają do nas (a przynajmniej do mnie) w chwili, gdy są już całkiem bezużyteczne.
PS. Dlaczego Google Ads sądzi, że mój najważniejszy dziś problem to “Asian women for dating”? Wiedzą więcej ode mnie?
Girls just wanna sing the blues
Wyznam od razu, że zawsze bardzo lubiłem Cyndi Lauper. Zresztą nie tylko ja, jej talent kompozytorski
doceniło wielu wielkich muzyków, choćby Cassandra Wilson
czy sam Miles Davis
Mimo wszystko nie spodziewałem się, że Cyndi wytnie taki numer:
albo taki:
Tak, Cyndie Lauper nagrała fantastyczną płytę bluesową, w dodatku pozostając sobą. Tutaj jest próbka całości:
Gorąco płytę “Memphis blues” polecam, nie tylko dlatego, że grają na niej Charlie Musselwhite, Jonny Lang czy sam B.B. King. I bez nich Cyndi by się obroniła, z nimi zaś broni się jeszcze smaczniej. Zresztą co ja piszę, nie broni się, bo nie musi, po prostu śpiewa bluesa!
Przesiadka
Dość tego! Koniec z uciążliwym, archaicznym systemem administracji w goszczącym dotąd Winogranie serwisie blog.pl (10 lat temu może się do czegoś nadawał, dziś już nie), przesiadam się na WordPress, który miałem okazję poznać już dość dobrze prowadząc mój blog służbowy. A ponieważ (wmawiam sobie!) uciążliwość tej administracji była ostatnio główną przyczyną mojej niechęci do winograniowego blogowania, mam nadzieję, że w nowym miejscu blog odżyje, tym bardziej, że mam nań kilka nowych pomysłów. Wbrew nazwie i wbrew pierwotnym zamysłom o winie nie będę tu raczej pisał (a jeśli będę, to sporadycznie), dziś robię to gdzie indziej, za to muzyki możecie się spodziewać wiele, muzyki różnorodnej, bo choć oczywiście jazz będzie dominował, to jednak nie jest on jedyną muzyką mego życia. By umilić Wam oczekiwanie na pierwszy porządny wpis w nowej odsłonie Winogrania, proponuję świetne, co prawda historyczne, ale pod względem edukacyjnym aktualne do dziś nagranie, które wypatrzyłem kilka dni temu na Jazzarium.pl:

