Skip to content

Lucille

Lucille była ulubioną gitarą B.B. Kinga, ja jednak nie o niej chcę dziś napisać, chodzi mi o inną Lucille, Lucille Spann, amerykańską śpiewaczkę bluesową, która przez kilka lat była żoną Otisa Spanna, świetnego i bardzo ważnego pianisty bluesowego, przez wiele lat filaru zespołu Muddy Watersa. Do samego Spanna pewnie wrócę, teraz jednak chciałbym przypomnieć, także sobie, nagranie utworu, który Lucille Spann poświęciła swojemu przedwcześnie zmarłemu mężowi. To jedno z tych nagrań, które miałem kiedyś, dawno temu, na taśmach (to pochodziło z audycji niezapomnianej Marii Jurkowskiej „Blues wczoraj i dziś” w radiowej Trójce) i które teraz powoli odnajduję. Kiedyś wywoływało we mnie dreszcze, dziś… dziś też.

I jeszcze coś na marginesie, żeby był jakiś związek z winem.

(tak, ja tu naprawdę wróciłem!).

Skonsumujmy Barossę

4 lipca, a więc za pięć tygodni, Nick Cave wystąpi ze swymi The Bad Seeds na Openerze, tymczasem już dziś można obejrzeć zmysłową reklamę „Barossa. Be consumed”, która ma promować południowoaustralijski region Barossa jako świetny cel wyprawy enogastroturystycznej – w filmie wykorzystano klasyczne nagranie australijskich muzyków, „Red right hand” z płyty „Let love in”:

Rzeczywiście można nabrać apetytu i na jedzenie i na wino. Nie mam pod ręką steków z kangura, ale znajdzie się soczysty kawałek wołowiny, rozejrzę się tylko za jakimś shirazem z Barossy. Niezbyt często pijam takie wina, ale przy obecnej pogodzie to będzie dobry wybór. Szkoda tylko, że film jest tak krótki i muzyka tak nagle się urywa. Na szczęście (jeśli nie macie płyty, a całą gorąco polecam) zasoby YouTube są bogate:

Więcej informacji o nowym, reklamowym wideo można znaleźć na stronach Decantera.

2 czerwca w Berlinie

Gdy w marcu pisałem tu o tym, jak tak naprawdę odkryłem dla siebie Neila Younga, nie wiedziałem jeszcze, że 2 czerwca, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie (mam przy sobie dużą niemalowaną deskę, taką kuchenną, teoretycznie do krojenia, ale i do pukania się nada), usłyszę go na żywo. Niestety nie w Polsce, ale tuż za granicą, w Berlinie. To już tylko cztery tygodnie, czas zacząć się przygotowywać! A bilety jeszcze podobno można dostać!!

Inspiracje

Dawno nie słuchałem Jethro Tull. A jeśli już słuchałem tej trochę szalonej grupy jeszcze bardziej szalonego (w dobrym znaczeniu!) Iana Andersona, to przede wszystkim płyty „Thick as a brick” (pochwalę się, mam ją na winylu, mam też gramofon, niestety od wielu lat nie mam w co wetknąć wiodącego zeń kabla…). Wczoraj, dzięki Fejsbukowemu znajomemu, posłuchałem na YouTube tytułowego nagrania, po czym kliknąłem na link prowadzący do wcześniejszej płyty „Aqualung„, której nie słuchałem już… no, na pewno …dziesci lat. Grała sobie spokojnie w tle, ja coś czytałem i nagle usłyszałem to:

(moją uwagę przykuł fragment zaczynający się po minucie i 30 sekundach). Cofnąłem, posłuchałem jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze…  Nie, nie mogło być wątpliwości, przecież od dawna na pamięć znam każdą nutę innego utworu. Tego:

„Work song” jest kompozycją grającego tam na kornecie (rodzaj trąbki) Nata Adderleya, brata leadera, genialnego saksofonisty Juliana „Cannonballa” Adderleya (na marginesie: zwróćcie uwagę na pianistę, to wielki Joe Zawinul, który za kilka lat wraz z Milesem Davisem nagra „Bitches Brew”, a wkrótce potem z Waynem Shorterem poprowadzi „Weather Report”!). Nat skomponował ją w roku 1960, Ian Anderson swój „Locomotive Breath” napisał dziesięć lat później. Kompozycje nie są identyczne, jednak podobieństwo jest moim zdaniem uderzające. Plagiat? Raczej nie. Inspiracja? Z pewnością, Anderson nie mógł tego nie znać, zespół braci Adderleyów był wówczas na jazzowym topie, a lider Jethro Tull był dobrze osłuchany tak w muzyce klasycznej jak i w jazzie.

To wszystko zaś przypomniało mi inną historię, którą dawno temu odkryłem sam, po czym przeczytałem, że nie byłem pierwszy. Zresztą sami posłuchajcie, już bez mojego komentarza. Dodam tylko, że wszystkich występujących tu muzyków uwielbiam i szanuję!

Blues i wino czyli potęga PR

O tym nie mogę nie napisać, choć nie jestem wielkim fanem tego typu przedsięwzięć: B.B. King będzie miał własne wino. Nie znam hiszpańskiej Bodegi Santa Cruz, która ma to wino robić, nie ma ona chyba strony w sieci, google też skąpo sączy informacje, dziwi więc trochę PRowy tekst o „award winning winery”. Jakieś wina z tej winiarni były kiedyś dostępne w nieistniejącym już polskim sklepie internetowym. Wina B.B. Kinga mają kosztować ok 14 dol i mają być winami codziennymi. Może trafi się okazja by ich spróbować, dostępne mają być tylko w USA. Obawiam się jednak, że ekscytacja z którą zapewne podszedłbym do tych butelek prysnęłaby jak bańka mydlana w zderzeniu z ich zawartością. Na razie wolę posłuchać wzruszającej mnie od paru dziesiątek lat piosenki B.B. Kinga o odchodzącym wzruszeniu, tu w nagraniu sprzed 20 lat:

Będzie jeszcze jedno wzruszenie. Nie znalazłem w sieci żadnej piosenki B.B. Kinga poświęconej winu, trafiłem natomiast na nagranie niemal zupełnie dziś zapomnianej gwiazdy lat 1970., Melanie, która dwa lata temu w klubie B. B. Kinga zaśpiewała swój wielki przebój „Leftover wine”:

(posłuchajcie też jej starszych nagrań!).

Ze świata dinozaurów

To wszystko przez autora bloga Białe nad czerwonym, zresztą jednego z najlepszych polskich blogów winiarskich, a piszę to zupełnie serio! Nie byłem w stanie zebrać się do napisania nowej notki, brakowało i motywacji i sił wieczorami, gdy zwykle moje blogowe notki powstawały, ale ukłuł mnie, podrażnił (za co mu szczerze dziękuję), więc piszę. Pisania zresztą będzie dziś niewiele, bo co tu można napisać o genialnym dinozaurze rocka. Znałem go od dawna, ale było tylu innych, ważniejszych wówczas dla mnie muzyków, że tkwił gdzieś w trzecim rzędzie, słuchałem go jednym uchem, bez głębszej refleksji, być może dlatego, że nie za bardzo odpowiadali mi jego dawni partnerzy, bo choć słynni, to nie z mojego świata byli. Obudził mnie film Jima Jarmuscha, w Polsce znany chyba pod tytułem „Truposz”, w oryginale „Dead man”. Zakochałem się w filmie (z genialną rolą Johnny’ego Deppa), zakochałem się w muzyce Neila Younga i odtąd nic już nie było takie samo.

Płyta dnia – „Red Garland’s piano”

Jakiś czas temu (no dobrze, wstyd przyznać, ponad rok temu) pisząc o basiście Paulu Chambersie wspomniałem o sekcji rytmicznej, którą pod koniec lat 1950 tworzył wraz z pianistą Redem Garlandem i perkusistą Artem Taylorem. Od tamtej pory nosiłem się z zamiarem napisania czegoś więcej o tej sekcji, a przede wszystkim o pianiście. Sekcja za chwilę wystąpi, bohaterem dzisiejszej notki jest jednak przede wszystkim pianista, wówczas jeden z najważniejszych w (ówcześnie) nowoczesnym jazzie – w latach 1955-58 był stałym członkiem kwintetu Milesa Davisa, gdzie grał m. in. obok Johna Coltrane’a, z którym nagrywał też płyty bez udziału Milesa. Płytę „Red Garland’s piano” trio Garland/Chambers/Taylor nagrało na przełomie lat 1956/57. To jedna z najczęściej przeze mnie słuchanych płyt, a rozpoczynająca ją genialna interpretacja standardu Percy Mayfielda „Please send me someone to love” jest jednym z najczęściej przeze mnie słuchanych utworów. Toczy się pozornie niespiesznie, na pierwszy rzut ucha niewiele się w nim dzieje, to jednak pozory, jest to jeden z tych utworów, w których nawet cisza gra, i to jak! Tu jest przestrzeń, powietrze, oddech, w tym Red Garland był niezrównany.

Tyle o powietrznej muzyce, ale to jeszcze nie koniec notki, ktoś może przecież zapytać, czy są powietrzne wina. Oczywiście są, mam takie w kieliszku. Pinot noir, jeśli się w nim niczego nie popsuje, jest takim Redem Garlandem wśród win. Lekkość, finezja, powietrze. Jeśli macie w okolicy Marksa & Spencera, to biegnijcie po pinot noir z Tasmanii (teraz rocznik 2010), masa powietrznego szczęścia za 29 złotych!

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.